zaloguj się załóż konto

koniki polskie

związek hodowców koników polskich

Uciekinier.

Dawno, dawno temu ogier Niżowiec przepędził ze swojego stada młodego ogierka. Wolał to zrobić zanim ogierek zmężnieje i będzie mógł stanąć do równej walki. Przerażony, młody ogierek uciekał od Niżowca, a ten gnał go coraz dalej i dalej, aż wspólnie zapędzili się na teren drugiego stada. Trop - przewodnik drugiego stada bardzo mocno zareagował na naruszenie jego terytorium. Ruszył do ataku. Niżowiec oczywiście stanął do walki, a przerażenie młodego ogierka osiągnęło szczyt. Wkoło widział biegające i wierzgające konie (klacze Tropa bardzo były zainteresowane awanturą). Ogierek uciekał już na oślep, byle dalej od koni.. Wpadł w łozowiska nie zważając nad trzeszczący pod nogami lód. Kotłujące się stado koni za nim. Gnał przed siebie, aż trafił na ogrodzenie z drutów kolczastych. Biegł wzdłuż ogrodzenia, odgłosy walczących koni zostały gdzieś za nim. Zatrzymał się na polance wśród zarośli. Nie słyszał już pogoni ale też nie wiedział, gdzie jest. Skubnął wystającą z pod śniegu kępkę trawy, uspokajał się. Chyba znalazł azyl. Wiedziałem, że Niżowiec wygonił ogierka. Liczyłem, że ogierek znajdzie sobie gdzieś azyl na Zielonym. Po kilku dniach zacząłem szukać przepędzonego ogierka, chciałem nawiązać z nim kontakt w nowej sytuacji. Nie było go przy grobli, w lesie rezerwatowym, w młodniku przy rzece. Stado Tropa pasło się przy granicy z Obwodem Kaliningradzkim. Zdeptany śnieg świadczył o galopadzie, która musiała się tu odbywać. Wiele śladów prowadziło w krzaki, którymi jest porośnięty pas wzdłuż granicy. Metodycznie sprawdziłem wszystkie wchodzące w łozowiska tropy. Niektóre tropy przekraczały linię graniczną i prowadziły w głąb Ruslandii, jednak po pewnym czasie zawracały. Tylko jeden ślad nie wracał. Inne meandrowały, ten szedł prosto. Byłem już kilkadziesiąt metrów za wykoszonym pasem granicznym i bałem się iść dalej. Nie dość, że mógł mnie ktoś zobaczyć, to przecież zostawiałem wyraźne ślady. Poszedłem po końskich tropach jeszcze kilkadziesiąt metrów, ale więcej nie chciałem ryzykować. Wróciłem do domu i powiadomiłem naszą Straż Graniczną, że koń przeszedł na ruską stronę. Obiecali mi, że zadzwonią do Ruskich i zapytają. Kilka dni później w słoneczny niedzielny poranek usłyszałem kanonadę. Polowanie z nagonką. Pobiegłem tam natychmiast z nadzieją, że może nagonka przepłoszy konia z powrotem na Zielony. W pobliżu linii granicznej zobaczyłem myśliwych, na moje wołanie jeden z nich niechętnie podszedł do granicy. Zapytałem czy widział konia. - Nikakoj łoszadi zdies nie było ! odpowiedział. Obiecałem nagrodę 100 dolarów (kupa pieniędzy dla Rosjan w tym czasie) ale bez skutku. Kilka miesięcy minęło, bez żadnej odpowiedzi. Któregoś dnia latem przyjechał na Zielony pewien mieszkaniec Węgorzewa. nie znaliśmy się dotąd. Mówił, że był w Kryłowie (miasteczko tuż za granicą) i widział naszego konia. Po kilku tygodniach dostaliśmy oficjalne potwierdzenie, że nasz koń tam jest. Władze Rosyjskie prowadziły dochodzenie jak to się stało, że koń przedostał się na ich teren chroniony tzw. systemą (pas czujników, ogrodzeń i oranej ziemi). Jeszcze przez rok nie mogliśmy odebrać konia, gdyż Rosjanie cały czas prowadzili dochodzenie. Przesłuchiwali konia ? Po kolejnej rozmowie z naszą Strażą Graniczną straciłem cierpliwość. Poprosiłem o pomoc znajomego dziennikarza telewizyjnego. Ten zadzwonił do Rzecznika Prasowego Komendy Głównej Straży Granicznej mówiąc, że chciałby zrobić reportaż na temat uprowadzenia konia przez Rosjan. Rzecznik poprosił, byśmy chwilę poczekali, bo musi zapoznać się z tą sprawą. Po piętnastu minutach dostaliśmy odpowiedź, że chyba nie warto robić reportażu, bo koń jest do odebrania. Jeszcze tego samego dnia Straż Graniczna szukała nas po Węgorzewie żebyśmy odebrali konia. Rosjanie jeszcze w ostatniej chwili kręcili. Podobno koń zjadł im w międzyczasie siano za 400 dolarów, żądali zapłaty. Odpowiedziałem, że nie musieli konia tak długo trzymać, taniej by wyszło. Dałem obiecane kiedyś tam 100 dolarów i konia zabrałem. Do późnej nocy na granicy było pijaństwo. Konik wyglądał żałośnie. Oblepiony gnojem, zachudzony, wystraszony. nie mógł sobie poradzić w konfrontacji z wypasionymi na swobodzie innymi ogierami. Po prostu nie nadawał się do hodowli na Zielonym Ostrowie. Oddaliśmy go w użytkowanie do stadniny położonej z dala od granicy. podobno nie bardzo się tam sprawdzał. Nie miał charakteru. W końcu został sprzedany i straciliśmy go z oczu.

Przejdź do wszystkich zdjęć

poprzednie następne

wczytuję dane...

proszę czekać


0 komentarze


1

Odwiedź nas na Facebooku!



Redakcja | Ochrona prywatności | Mapa strony | Kontakt | Archiwum Copyright 2018 KONIKI POLSKIE